Oficjalna odpowiedź dr Agaty Norek na zaproszenie pani Marty Niedźwiedzkiej do prywatnej rozmowy
W reakcji na publiczną wypowiedź pani Marty Niedźwiedzkiej dotyczącą zjawiska dysocjacji, w której określiła je jako „wyprowadzkę z ciała”, zabrałam głos, wyrażając swój sprzeciw wobec takiego ujęcia.
Tego rodzaju metafora – choć zapewne użyta w dobrej wierze – może sugerować istnienie wolnej woli i możliwości decydowania o opuszczeniu ciała, co w mojej ocenie jest nieadekwatne, krzywdzące wobec osób najgłębiej doświadczonych traumą oraz mylące dla opinii publicznej, ponieważ ujmuje temu zjawisku jego dramatyczną naturę i powagę.
W związku z tym zaprosiłam panią Martę do otwartej rozmowy w moim podcaście „Chirurgia Duszy”.
W odpowiedzi otrzymałam propozycję spotkania w formie prywatnej, objętej klauzulą poufności i nadzorowanej przez przedstawicieli prawnych.
Pomimo tego, że pani Niedźwiedzka zaproponowała rozmowę prywatną, publikuję swój głos, czyli moją odpowiedź do pani Niedźwiedzkiej publicznie, ponieważ uważam, że mówienie o traumie w przestrzeni publicznej jest ważnym sposobem łamania tabu. Obecnie pojęcie traumy ma charakter bardzo obiegowy i jest szeroko obecne w mediach i dyskursie społecznym, dlatego nie mogę pozwolić sobie, by temat ten został zamiatany pod dywan.
Poniższy list stanowi moją oficjalną odpowiedź na to zaproszenie.
Jest głosem w szerszej dyskusji o tym, kto ma prawo mówić o traumie, w jaki sposób można o niej rozmawiać z poszanowaniem ludzkiego doświadczenia, oraz gdzie przebiega granica między wiedzą akademicką a wiedzą wynikającą z przeżycia.
Celem publikacji jest zachowanie przejrzystości i wierności wartościom, które przyświecają działalności mojego Instytutu – otwartości, odwagi i szacunku wobec osób, które doświadczyły traumy w jej najbardziej ekstremalnym wymiarze.
—
Szanowna Pani Marto,
Wydaje Pani książkę o traumie, ciele oraz publicznie posługuje się pojęciami takimi jak „trauma” i „dysocjacja”.
Warto pamiętać, że te pojęcia nie powstały w laboratoriach ani na salach wykładowych. Ich źródłem były badania nad losem weteranów, ofiar przemocy seksualnej, kazirodztwa, wypadków i katastrof. Każde z tych słów ma swój początek w czyimś cierpieniu – w ludzkim ciele i duchu, które nie były w stanie unieść ciężaru doświadczenia.
Dla Pani trauma czy dysocjacja są terminami z literatury naukowej.
Dla mnie – to lata życia w anoreksji, ataki paniki w ciąży, noce spędzone pod stołem w ósmym miesiącu, ucieczka z dwojgiem małych dzieci do szpitala psychiatrycznego i stanie obok własnego ciała na sali operacyjnej, gdy chirurdzy ratowali mnie po wypadku komunikacyjnym.
To także lata pozwalania się wykorzystywać seksualnie, bo w ten sposób próbowałam chociaż na chwilę poczuć własne ciało.
To jest właśnie dysocjacja – nie pojęcie, lecz rzeczywistość.
W swojej wiadomości napisała Pani, że byłaby gotowa porozmawiać ze mną o znaczeniu użytej przez Panią „metafory traumy” – o Pani intencjach, podstawach literackich i psychologicznych oraz możliwych skutkach. Jednak tylko pod jednym warunkiem: że podpiszemy wspólnie dokument przygotowany przez Pani prawniczkę, który zobowiązywałby nas do zachowania pełnej poufności – do nienagrywania, niecytowania i nieujawniania treści tej rozmowy w przestrzeni publicznej. Propozycja ta ma być zabezpieczona prawnie i nadzorowana przez osoby reprezentujące Panią zawodowo – menedżerkę i prawniczkę.
Taki warunek nie jest gestem dobrej woli ani troski o jakość rozmowy. To próba objęcia kontroli nad narracją i nad tym, kto ma prawo mówić o traumie. Nasza rozmowa – zgodnie z Pani założeniem – miałaby się odbyć w zamknięciu, w ciszy, pod ochroną prawną, jakby temat traumy wymagał kolejnego aktu milczenia. W mojej opinii takie podejście nie zapobiega nadużyciom, lecz przeciwnie – pogłębia tabu wokół tematu traumy i jej skutków.
Pani Marto, Pani sama wychodzi z tym tematem publicznie – poprzez swoje podcasty, książki i działalność medialną. Ja również robię to samo, kierując się tą samą intencją – otwierania przestrzeni rozmowy, a nie jej zamykania. Dlatego w tym miejscu nie ma już miejsca na rozmowy „za zamkniętymi drzwiami”. Temat, który dotyczy tysięcy osób i który obie wniosłyśmy w sferę publiczną, wymaga jawności i odwagi, a nie prawnych klauzul milczenia.
W swojej wiadomości napisała Pani również, że nie ma podstaw, by traktować mnie jako równorzędną rozmówczynię w temacie dysocjacji, ponieważ nie posiadam odpowiedniego tytułu naukowego ani zaplecza instytucjonalnego.
W tym miejscu pozwolę sobie również zwrócić uwagę na pewną kwestię, wynikającą z Pani argumentacji dotyczącej „kompetencji” do rozmowy o traumie.
Z tego, co wiadomo publicznie, Pani wykształcenie psychologiczne i specjalizacja zawodowa dotyczą przede wszystkim obszaru relacji i seksualności, a nie psychotraumatologii ani leczenia zaburzeń pourazowych. Pisze Pani i mówi o traumie, cytując badania innych autorów i przekładając ich wiedzę na język popularny – co ma ogromną wartość popularyzacyjną, ale nie jest głosem stricte eksperckim w sensie klinicznym.
Dlatego trudno mi zrozumieć, dlaczego w moim przypadku brak tytułu psychologa miałby odbierać mi prawo do rozmowy z Panią o traumie, skoro Pani – jako psycholog i sex coach – podejmuje temat z pozycji interpretatorki, a nie specjalistki klinicznej w dziedzinie traumy.
Czy zatem te same kryteria, które stawia mi Pani jako warunek rozmowy, nie powinny dotyczyć również Pani własnej pracy i publikacji?
Nie stawiam tego pytania z przekąsem, lecz z troską o spójność i uczciwość debaty, którą obie współtworzymy.
Chciałabym zaznaczyć, że mój doktorat, choć realizowany w obszarze sztuk pięknych, podejmował bardzo głębokie tematy psychologiczne, w tym zagadnienia dysocjacji, przemocy – szczególnie psychicznej – oraz jej różnych form. Prace, które powstawały w ramach moich badań i twórczości przez dziesięć lat, pozwoliły wielu osobom po raz pierwszy nazwać i zrozumieć emocjonalne skutki własnych doświadczeń. W związku z tym byłam zapraszana do udziału w wykładach i panelach na uniwersytetach psychologicznych i medycznych, a moja praca zyskała uznanie również na arenie międzynarodowej. Pomijanie lub kwestionowanie mojego tytułu doktora i dorobku naukowego wydaje się tym bardziej niecodzienne, zważywszy na znaczenie i wpływ mojej pracy badawczej, artystycznej i edukacyjnej.
Pani propozycja prywatnej rozmowy pod prawną ochroną nie służy dialogowi, lecz – w moim odczuciu – zabezpiecza Pani pozycję.
Pisze Pani o obawie przed „kapitalizacją traumy”. Pozwolę sobie odwrócić to pytanie:
czy naprawdę istnieje ryzyko kapitalizacji ze strony osób, które z powodu traumy przez lata nie mogły pracować, zarabiać ani normalnie funkcjonować? Tacy ludzie nie korzystają z „rynku traumy” – oni z niego nic nie mają. To nie oni są zapraszani jako eksperci, to nie ich głos słychać w podcastach eksperckich czy książkach fachowych. A przecież to na ich doświadczeniu zbudowano wiedzę, którą dziś cytują i sprzedają specjaliści.
Odbieram to również jako formę projekcji — przypisania mi intencji, które w rzeczywistości mogą odzwierciedlać Pani własne obawy przed utratą kontroli nad narracją, wizerunkiem oraz powiązanymi z nimi korzyściami biznesowymi. Rozumiem, że w świecie mediów i projektów komercyjnych kwestie finansowe są nieodłącznym elementem działalności, jednak w tym kontekście trudno nie dostrzec, że obrona tych interesów odbywa się kosztem otwartości i dialogu z tymi, których temat najbardziej dotyczy.
Zastanawiam się przy tym, dlaczego rozmowa z osobą, która przeszła przez doświadczenie traumy, ocalała i potrafi o nim mówić w sposób refleksyjny i odpowiedzialny, miałaby stanowić zagrożenie dla czyjegokolwiek wizerunku. Czy prawda o przeżyciu i procesie zdrowienia może rzeczywiście zaszkodzić — i komu w istocie miałaby zaszkodzić? A może kogoś przestraszyć, zniechęcić?
Po ponad dwudziestu latach, podczas których walczyłam o życie i o to, by siebie nie stracić, obserwuję obecnie rynek, na którym panuje prawdziwy boom na pojęcie traumy. Widzę osoby, które niekoniecznie spędziły dekady na pogłębianiu swojej wiedzy o traumie, a mimo to wzbogacają się na tym, robią karierę i zdobywają zasięgi. Sama może sobie Pani wyobrazić, jak wygląda to z perspektywy osoby, która po latach cierpienia i setkach sesji pracy nad sobą próbuje dzielić się autentycznym doświadczeniem.
Czy naprawdę tylko psycholodzy, terapeuci i naukowcy mają prawo mówić o traumie oraz sposobach wychodzenia z niej? Czy doświadczenie – ta najgłębsza i najbardziej pierwotna forma wiedzy – traci wartość, jeśli nie jest poparte dyplomem z psychologii?
W moim przypadku zamiast egzaminów akademickich z psychologii zdawałam egzaminy z przetrwania – czasem dzień po dniu, od piątego roku życia, z czego ostatecznie wyszłam. W tym sensie uważam siebie za ekspertkę od traumy w jej najbardziej autentycznym wymiarze.
Po moim publicznym sprzeciwie wobec Pani słów niektóre osoby w środowisku psychologicznym zbagatelizowały moje stanowisko, a następnie zareagowały sceptycznie, gdy odkryły, że nie jestem „jedną z nich”, bo nie mam tytułu psychologa. Wtedy zrozumiałam coś bardzo ważnego: trauma przestaje być tematem, gdy staje się człowiekiem. A człowiek z traumą często budzi lęk, sceptycyzm, obrzydzenie i odrazę, wywołuje agresję, dyskredytację i gniew.
Ludzie z poważnymi traumami są w naszym społeczeństwie często niechciani – to osoby pracujące ponad siły, uzależnione, prostytuujące się, wykluczone, często zniszczone. Nawet wtedy, gdy zupełnie tego po nich nie widać. To właśnie oni – ci, na których doświadczeniu powstały pojęcia takie jak dysocjacja czy PTSD – są dziś z tego dyskursu wypierani.
Może to im należałoby oddać głos? Może to oni powinni mieć prawo uczestniczyć w rozmowie o traumie, a nie być jedynie jej przedmiotem? Bo nie może być mowy o traumie – o nas – bez nas. O mnie, beze mnie.
Z tego powodu z pełnym zrozumieniem przyjmuję fakt, że moje publiczne działania i głos w debacie o traumie oraz sposobach wychodzenia z niej mogą być przez niektórych terapeutów odbierane jako zagrożenie – zwłaszcza tam, gdzie ludzkie cierpienie stało się podstawą zawodowego autorytetu lub źródłem dochodu. Nie jest to jednak moja intencja. Moją intencją jest przywracanie ludziom zaufania do samych siebie, ich wewnętrznej mądrości i zdolności do zdrowienia.
Leczenie skutków głębokich traum jest procesem niezwykle trudnym, często trwającym latami, a system – nawet ten terapeutyczny – nie zawsze jest w stanie go udźwignąć. Zgłaszają się do mnie osoby, które są po dziesięciu, a nawet dwudziestu latach terapii, po wielu próbach, często po kilku czy kilkunastu różnych podejściach – i wciąż nie znalazły adekwatnej pomocy. Zdarza się, że nawet psychotraumatolodzy rozkładają ręce, mówiąc, że nie podejmą się pracy z nimi. Sama wiem, co to znaczy. Gdybym nie wypracowała własnych metod, gdybym nie odnalazła specjalistów w Szwajcarii, nie byłoby mnie tu dziś.
Kiedy pracowałam ze swoimi najcięższymi traumami i oświetlałam w sobie to, co było tak paskudne, niewyobrażalnie trudne, masakryczne i bolesne – i podawałam sobie w tym rękę – zatrważało mnie jedno: że gdybym nie nauczyła się tego robić sama, nikt by mi w tym nie pomógł. Przez lata nikogo takiego nie znajdywałam. I miałam wówczas to straszne, przerażające poczucie, że większość ludzi, którzy utknęli w tych czarnych, bezwzględnych, okrutnych labiryntach, być może nigdy nie znajdzie z nich wyjścia. O tym również się publicznie nie mówi. To wewnętrzne więzienie - najgorsze z możliwych.
Wypracowałam własne, absolutnie skuteczne metody, ponieważ nikt nie był w stanie udźwignąć mojego cierpienia, poradzić sobie z moimi dysocjacjami ani zaoferować mi takiej ilości czasu, uważności i opieki, jakie byłyby w moim przypadku naprawdę potrzebne i adekwatne. Zauważyłam też, że rynek terapii – przy całym swoim znaczeniu – często w subtelny sposób uzależnia ludzi od terapeutów, zamiast wzmacniać ich zdolność do samopoznania i wewnętrznej autonomii. Dla mnie to właśnie te elementy – odzyskanie sprawczości, kontaktu ze sobą i ciała – okazały się kluczowe. Gdybym nie odnalazła ich sama, jak pisałam, nie byłoby mnie już na tym świecie.
Dlatego z dystansem podchodzę do samego „profilowania się” definicjami i wiedzą o traumie. Poznać traumę to nie tylko znać jej opis. To dotknąć rzeczywistości – swojej i cudzej – tam, gdzie teoria przestaje wystarczać. Właśnie z tego doświadczenia zrodziły się metody, które rozwijam w moim Instytucie, a moje podcasty dla wielu osób okazują się skuteczniejsze niż to, co często dostępne jest w klasycznych gabinetach.
Pani Marto, pytam więc z pełnym szacunkiem, ale i stanowczo: czy naprawdę uważa Pani, że brak dyplomu psychologa odbiera mi kompetencje do rozmowy o traumie? Bo jeśli tak, to znaczy, że odrzuca Pani nie tylko mnie, ale całą prawdę o ludzkim cierpieniu, na której ta wiedza została zbudowana.
Bo jedyna różnica między nami nie polega na wiedzy, tylko na tym, z jakiego miejsca, w jakiej intencji i jakim językiem o traumie mówimy.
Z wyrazami szacunku,
dr Agata Norek
artystka, doktor sztuk pięknych
założycielka Instytutu Agata Norek Institute
autorka podcastu „Chirurgia Duszy”